Przerwa

Robimy przerwę… W zasadzie wizyta u terapeuty w niczym nie pomogła. Pokazała tylko, że oboje mamy inne oczekiwania, a jego motywacja o poczuciu odpowiedzialności względem przysięgi nadaje się do wsparcia duchowego, ale nie do wspólnej terapii. Więc po wielu rozmowach podjęliśmy decyzję, że zrobimy sobie przerwę. Może jak zobaczy jak wygląda życie beze mnie, to jednak za mną zatęskni i będzie chciał do mnie wrócić…. Bardzo bym tego chciała… Ale liczę się z najgorszym… Dlatego moje mocne postanowienie, że muszę podczas tej przerwy skupić się na sobie… Muszę sobie zacząć wszystko układać od nowa jakby Jego już miało nie być w moim życiu… Strasznie się boję, że ta tęsknota będzie nie do zniesienia…. Boję się, że to tak naprawdę koniec… Że już Go nigdy więcej nie przytulę, nie pożartujemy razem…

Czy można uratować małżeństwo gdy On już nie kocha?

No właśnie… czy można uratować małżeństwo jeśli On już nie kocha, a Ona to wg Niego miłość Jego życia… Jaki sens ma terapia? Pochodzimy na terapię i nagle znowu mnie pokocha? Można w ogóle pokochać kogoś drugi raz? Ale On jak twierdzi to nie ma wątpliwości, że Ona to jest miłość jego życia i Ona to jest właśnie ta kobieta na całe życie…. Więc czy terapia może w ogóle nam pomóc? Nawet ciężko odwoływać się na nasz ślub, skoro On biorąc ze mną ślub twierdzi, że wtedy już mnie nie kochał… Bynajmniej teraz tak twierdzi. Zresztą co się dziwić, jak teraz pewnie porównuje uczucia do mnie z uczuciami do Niej. Ja na pewno w tym rankingu przegrywam… Może czas myśleć, że faktycznie nasze małżeństwo to już historia… A nie robić sobie złudną nadzieję…

Czy my w ogóle mamy jeszcze szansę?

Po wielu rozmowach, krzykach mam już chyba obraz mojego chyba już byłego związku. Generalnie On  nie kocha mnie od jakiegoś roku, może nawet dłużej. Niby nie do końca podobało mu się jak wygląda nasze życie, ale generalnie nic z tym nie robił. Po prostu już mu się nie chciało, cokolwiek robić z naszym związkiem. Chyba On po prostu uważa, że jak się kocha to się chce, a jak się nie chce, to po co się zmuszać…

No więc, nie było mu dobrze, ale nie było mu też na tyle źle, żeby zerwać. Ale przed ślubem zaczęły się wątpliwości, że chyba nie do końca chce, żeby tak wyglądało jego całe życie itd. No ale oczywiście, to były tylko jego przemyślenia, po co mnie o nich w ogóle informować… A jak po ślubie zobaczył, że w zasadzie nic się nie zmieniło (niby jak miało, skoro On nawet nie próbował cokolwiek zmienić) to stwierdził, że po prostu trzeba się rozstać i to jest koniec. Jak utwierdził się w przekonaniu, że jest to koniec, no to wg Niego był już wolnym człowiekiem, więc mógł normalnie zacząć randkować. Mnie przecież wystarczy kiedyś przy okazji wspomnieć, że nasz związek to On zakończył już jakiś czas temu.

Teraz niby twierdzi, że chce spróbować naprawić naszą relację, ale nie ma ochoty cokolwiek robić, działać… Po prostu mu się nie chce. Dla Niego chyba jak ludzie naprawdę się kochają, to zawsze chcą się starać w związku, a skoro Jemu już się nie chce, nie kocha mnie, to nie jest to prawdziwa miłość i w ogóle…

Czy my mamy w ogóle jeszcze szansę? Za tydzień mamy iść na terapię, ale ja mu powiedziałam, ze z takim jego podejściem, to my na pewno nie mamy szans. On chybaby chciał, żeby samo się wszystko naprawiło…

Co mam robić…

Nie wiem co mam robić… Nie wiem co czuje, czego chcę… w zasadzie jak powiedział, że chce spróbować to powinnam się cieszyć… A ja nawet nie wiem czy chce próbować… Matko, ta noc bez Niego… Czułam się taka wolna… Że już nie muszę tego wszystkiego tolerować… Że w zasadzie już nic nie muszę… Nawet za dużo wtedy o Nim nie myślałam, chociaż wiedziałam, że ta noc na pewno była dla Niego ciężka… Dałam mu ostatnią szansę, a później przez 2 dni płakałam, że co ja w ogóle kurwa robię… Że po co mam się dłużej szarpać… Dla kogo?? Przecież to już nie jest MÓJ mąż, On się dla mnie sprzedał… Sprzedał nas, jakieś obcej dziuni… Mnie sprzedał… Nie wiem czy chce jeszcze faceta, który wzdycha i tęskni za inną kobietą… Czy on w ogóle jest jeszcze w stanie mnie pokochać… Bardziej niż kocha ją… Nie chce, żeby był ze mną tylko z poczucia obowiązku… Nie chce takiego związku, nie chce takiego Męża… A może Ona to faktycznie jest miłość Jego życia… Może ja sobie tylko wmawiam, że to zwykłe zauroczenie, fascynacja, nad którą stracili kontrolę… No bo trochę zachowują się jak gówniarze co mają po 15 lat… Nie wiem czego chce… w kółko sobie powtarzam, że wszystko wymaga czasu… Czas… tego chyba potrzebujemy…

Pustka…

Następnego dnia, napisałam do Niej sms… Pomyślałam, że skoro Ona tak strasznie się mną interesuje, pyta co u mnie słychać, jak reaguje na całą tą sytuację i w ogóle, wodzi Go za nos i pokazuje, jakie błędy popełniałam w stosunku do Niego, to czemu mam się nie wtrącić w tą dyskusję… Nie wyzwałam ją od suk, nie ten poziom… Dałam tylko do zrozumienia, że skoro Ona tak bardzo się mną interesowała to może niech pozna informacje z pierwszej ręki. Podziękowałam, że dzięki niej mogłam zobaczyć jakim człowiekiem jest mój mąż. Że mam nadzieję, że chociaż z Nią był szczery, bo ja przez ostatnie miesiące słyszę, że nie chce rozwodu, że chce ratować nasz związek, że widzi dla nas szanse. A na koniec pogratulowałam umiejętności wpływania na ludzi. Z żarliwego katolika, wzoru uczciwości i szczerości, zrobiła rasowego kłamcę, dla którego przysięga i małżeństwo nie jest żadna wartością. Nie odpisała…

On przyjechał tego dnia po mnie do pracy… Przepraszał za wszystko ( o dziwo, chyba pierwszy raz w ogóle), że sam siebie nie poznaje, że chce żebym pomogła mu wrócić Jego dawnego… Że chce, żebym wróciła z Nim do domu i w ogóle… Szczerze… Nic nie czułam… Myślałam tylko o tym, że już to słyszałam a nic z tego nie wynikało… Powiedziałam, że następnej szansy nie będzie. I postawiłam warunki, składa wypowiedzenie i idziemy do terapeuty… Na razie On idzie sam, wypowiedzenie ma złożyć w tym tygodniu… Zobaczymy… Nie napalam się, wychodzę z założenia, że chyba i tak pęknie…  Zerwał tego dnia z Nią przez smsa…

Podejście numer trzy

No to mamy podejście numer 3… Przez 3 tygodnie było naprawdę bardzo fajnie. Widać było, że On się stara. Że chce na nowo odbudować u mnie zaufanie, więc stara mi się udowodnić, że jest teraz czysty jak łza i w ogóle. Ja zgodnie z obietnicą obiecałam, że jeśli mamy się starać to nie będę robiła już tych wieczornych gorzkich żali itd.. Gdyby nie ta cała sytuacja, którą cały czas mam z tyłu głowy, mogłabym powiedzieć, że było tak fajnie jak dawno nie było… Ale chyba byłoby zbyt pięknie…

Za pomocą pewnych „moich sztuczek” dowiaduje się, że w poniedziałek znowu z Nią pisał i widział się po pracy, a mnie oczywiście ściemnił, że dopiero wrócił z delegacji. Wytrzymałam poniedziałek, we wtorek On siedzi w domu, bo ma wolne, ja jadę do pracy. Traf chciał, że pewna dziewczyna w autobusie opowiadała koleżance bardzo podobną historię do naszej. Też facet nie mógł się określić i długo grał na dwa fronty. Nie wytrzymuję i piszę do Niego sms, że znowu mnie oszukuje, że dzisiaj jak siedzi w domu to pewnie będzie pisał z Nią cały dzień, a zanim ja wrócę to zdąży usunąć sms. On oczywiście, nie wie o czym ja mówię itd… Wracam do domu… Wiem, że pisał cały dzień. Generalnie Ona wie wszystko, że sprawdzałam Jego komputer i widziałam billingi, wie o wszystkich naszych problemach jakie mieliśmy na przestrzeni tych 10 lat… Jeszcze te analizy odnośnie przyszłości ich związku, gadanie jakie to oni mają do siebie zaufanie a przecież wcale się nie znają. Że w zasadzie to Oni nie żałują tego wszystkiego, bo może to jest faktycznie miłość na całe życie… I co będzie jak nie spróbują, czy nie będą później żałować i w ogóle… Więc robię prowokację… Przecież wiem, że jak się zapytam czy z Nią pisał to mnie okłamie. Więc mówię mu, żeby opowiedział mi całą historię jego oczami. Co się takiego wydarzyło, że faktycznie przestali się kontaktować… Rozbawiło mnie to co mi powiedział… On wie, że mnie okłamywał co do zrywania kontaktów z Nią itd… Ale w pewnym momencie oboje doszli do wniosku, że ze względu na resztę szacunku względem siebie no i ze względu na nas, to powinni jednak uciąć kontakty… No i że oczywiście teraz już ze sobą nie piszą… Nie wytrzymuję. Wygaduje mu, że doskonale wiem, że ze sobą cały dzień pisali. Zaczęłam mówić o tym o czym pisali, w taki sposób, że nie może mieć pewności czy blefuje, czy faktycznie mam jakiś dostęp do jego sms… Nie mam zamiaru się zdradzać skąd to wiem… On nic nie mówi, chyba zdaje sobie sprawę, że nie ma sensu zaprzeczać… Ubieram się, On wielce zdziwiony, że nie chce nocować w domu. Postanowiłam, że wrócę następnego dnia, a On niech się zastanowi, czego tak naprawdę chce…  Matko, jak płakał, że mnie przeprasza, że nie chce żebym gdzieś szła, żebym została itd. Nawet zaczęłam się wahać, ale pomyślałam sobie… Kurwa, ile razy ja mu już płakałam, żeby już mnie nie oszukiwał, żeby był ze mną szczery, a On miał to w dupie, więc ja tez będę mieć Go w dupie, jego uczucia…

Wyszłam… Nawet mi łza nie poleciała… W ogóle czułam taką niesamowitą ulgę… czułam się dobrze, że może jednak to już jest koniec, ale nie będę już musiała się zastanawiać czy dzisiaj znowu mnie oszuka, bo Jego już po prostu nie będzie w moim życiu… Nawet zaczęła podobać mi się ta myśl…

Próbujemy: podejście drugie

Nadszedł długo wyczekiwany dzień, kiedy pokazałam mu jakim kłamcą się stał. Nie miałam ochoty już dłużej ciągnąć tej szopki. On mnie okłamuje, ja udaje, że mu wierzę, Jemu wydaje się, że skoro pousuwa sms to jest czysty jak łza. Po tym jak mnie okłamywał i przekonywał, że się z Nią nie widział, pokazał mu, że umiem odblokować Jego telefon. Chyba trochę się zdziwił, a jednocześnie chyba zaczęło do Niego docierać co On w ogóle robi, jakim człowiekiem się stał…

No więc następnego dni, wrócił z pracy i powiedział, że zjebał całą sprawę, chce spróbować i zerwał z Nią… Jak zobaczyłam u Niego łzy w oczach to nawet zaczęłam mu trochę wierzyć… Naiwna…

Cały weekend widziałam jak się męczył, ale chyba nie pisał do Niej… W ogóle po tej przełomowej konfrontacji zmienił blokowanie telefonu już na zwykłe przesuwanie. Dla mnie to znak, ze nie ma zamiaru mieć teraz przede mną tajemnic…

Wytrzymał weekend… W poniedziałek poszedł do pracy, jak się Go pytałam no to chwilę w pracy porozmawiali jak to im ciężko było wytrzymać przez weekend bez smsów. We wtorek stał z Nią godzinę na przystanku, zanim wrócił do domu, no bo przecież Ona miała do Niego pytanie…  Oczywiście wtedy telefonów ode mnie nie odbiera. W środę do Niej zadzwonił, bo nie było Go w firmie. Nawet przeprosił…

W czwartek chyba znowu coś we mnie pękło…. Co to za zerwanie, jak za każdym razem jak będą się spotykać, rozmawiać to siebie zawsze zgrabnie wytłumaczy. Znowu wylałam na Niego cały żal. Co Jemu się wydaje, że przyjdzie przeprosi, że nie wytrzymał i musiał z Nią porozmawiać a po mnie spłynie jak po kaczce… No bo przecież żałuje. W piątek od rana znowu zrobiłam mu awanturę. Dałam mu jasno do zrozumienia. Dla mnie zerwanie kontaktu to jest naprawdę zerwanie kontaktu. Jeśli ma zamiar tego nie robić, nie ma poczucia, że tak powinien zrobić, skoro NIBY chce próbować to niech powie, że chce rozwodu i niech przestanie wszystkich dookoła oszukiwać.

W międzyczasie byłam u terapeutki, kazała mi nie brać na siebie odpowiedzialności za to, że On wypalił się w naszym związku oraz pod żadnym pozorem nie wyprowadzać się z domu. Nie ułatwiać Jemu podjęcia decyzji o rozwodzie, bo to trochę jest tak jakbym czuła się trochę winna. To On chce rozwodu, to On tak „rozwiązał” swoje problemy w naszym związku, więc niech to będzie jego decyzja i jego odpowiedzialność.

No więc wracając, w piątek robię mu awanturę, więc On podwozi Ją potem do domu… Ale rozmawiali tylko o pracy. Weekend mieliśmy po prostu cudowny…. Czy On w ogóle myśli o moich uczuciach?? Czy ja w ogóle coś dla Niego znaczę po tylu latach?? Ja mu powiedziałam, że już sama nie wiem o co mam się modlić, czy o to żeby nam się udało, czy, żeby podjął już decyzję o rozwodzie…

Z kim ja żyję, kim Ty jesteś?? Nie znam Pana… Nie za Pana wychodziłam za mąż. Ale dla mnie przysięga to jest świętość… Jak brałam z Tobą ślub to wiedziałam, że życie to nie bajka. Że teraz zacznie się jazda bez trzymanki, że z doświadczenia wiem, że nigdy nie wiadomo co przyniesie los. Nie wiadomo z czym będziemy musieli się zmierzyć… Ale będziemy walczyć bo małżeństwo ma dla nas znaczenie, przysięga ma znaczenie. Nie brałam z Tobą ślubu na dopóki będę Cię Kochać, albo dopóki będę z Tobą szczęśliwa. Brałam ślub na dobre i na złe. I zawsze Ty miałeś dokładnie takie samo postrzeganie ślubu, zwłaszcza kościelnego… Jak bardzo się zmieniłeś… Brakuje mi Ciebie… Tęsknię za Tobą, chociaż jesteś tak blisko….

Próbujemy: pierwsze podejście

Po Nowym Roku, On podjął decyzję, że jednak chce spróbować.

Oczywiście zerwie z Nią kontakt i będziemy próbować… Ale u mnie oczywiście zapala się lampka. Co się takiego stało, że On jednego dnia jest pewien na 90%, że chce rozwodu i nie ma sensu czegokolwiek naprawiać, a teraz nagle chce spróbować. O Jego decyzji dowiedziałam się w piątek. Tymczasem On cały czas normalnie z Nią pisał, no bo przecież nie zerwie przez sms. Ona miała zamiar powiedzieć swoim rodzicom o rozwodzie, była przekonana, że On podjął już decyzję co do naszego małżeństwa. I On jakoś nie miał zamiaru wyprowadzić jej z błędu. Więc ja postawiłam sprawę jasno, jeśli chcesz, żebyśmy próbowali, masz spotkać się z Nią w niedzielę i zakończyć znajomość.

Pojechał… Nie było go 3 godziny… Jestem ciekawa czy Jemu przeszło w ogóle przez myśl, co ja w tym momencie czułam. Siedzę w domu i czekam, jak mój mąż zerwie z kobietą, którą kocha. Pomimo tego, że miałam wrażenie, że On nie chce tego robić… Że nie ma takiego poczucia odpowiedzialności, że dobra uległem słabości, ale nasze małżeństwo, nasz związek jest dla Niego najważniejsze, Ja jestem najważniejsza. Że chociaż nie wiadomo jak bardzo by za Nią tęsknił, to chce próbować…

No więc z Nią zerwał… Bynajmniej wtedy mi tak powiedział… Po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że tylko ustalili, że ograniczą kontakt. W poniedziałek widziałam, że z kimś smsuje. Na pytanie, czy z Nią, odpowiedział, że nie mogę teraz myśleć, że za każdym razem jak pisze sms to akurat z Nią, bo przecież z Nią zerwał.

Mój codzienny rytuał, On się myje, ja przeglądam Jego telefon. A tam oczywiście, że muszą ograniczyć kontakt, bo Ja go ciągle pilnuje… Że będzie ciężko tak ograniczyć kontakt, ale muszą dać radę… Ile razy miałam ochotę rzucić mu telefon w twarz… Ale czekałam cierpliwie na jakiś przełomowy moment… Przez 2 tygodnie pytałam, czasem dowiedziałam się, że tak wysłała sms, ale Ona się tylko pyta jak się czuje, no więc On jej tylko odpisze i tyle. Generalnie On mi prosto w oczy mówił, że nie pisze, nie rozmawia z Nią, a ja po sms wiedziałam swoje. Jednego dnia rozmawialiśmy jakby nie było całej sprawy, innego ja zadawałam pytania, po czym jak On nie chciał odpowiadać, to przez pół godziny były moje gorzkie żale, po których On już w ogóle się nie odzywał… Teraz z perspektywy czasu, nie wiem jak to wytrzymałam… To było coś strasznego…. Przez 3 tygodnie schudłam 5 kilogramów…

Miałam najróżniejsze myśli… Patrzę na mojego męża, faceta, z którym spędziłam ostatnie 10 lat i  go w ogóle nie znam….

Huśtawka

Minął miesiąc od kiedy się dowiedziałam…. Miesiąc intensywnej huśtawki emocjonalnej…

Po tym  jak się dowiedziałam, zaczął się teatr… No bo przecież nie będziemy nikomu psuć świąt, na razie nie podjęliśmy żadnej decyzji, to znaczy On nie podjął żadnej decyzji… Bo ja od razu wiedziałam, że chce ratować, naprawiać… On wychodził z założenia,że nie widzi sensu, bo już mnie nie kocha… Bo nie wierzy, że może się coś zmienić… Bo w zasadzie wątpliwości miał już przed ślubem, ale liczył na to, że po ślubie coś się zmieni. No i oczywiście jak miał w całym tym wirze przygotowań, powiedzieć, że w zasadzie to On nie jest pewien uczuć co do mojej osoby. I co tak, po prostu odwołać lub przełożyć ślub, bo On nie jest pewien? Po 9 wspólnych latach On na pół roku przed ślubem ma stanąć przed wszystkimi i co… Przecież nikt by Go nie zrozumiał… To jest jego opinia i nawet w całej tej chorej sytuacji, ja Go trochę rozumiem… Ale po kolei.

Po tym jak się dowiedziałam  w Święta, bardzo się starałam się zachowywać normalnie w gronie rodziny, ale oczywiście jak byłam sama albo nawet z Nim to zdarzało się, że płakałam. Oczywiście ja miałam się dowiedzieć od Niego po Świętach, jak On już będzie wiedział czego chce. Czyli jakbym nie przeczytała tych cholernych smsów, żyłabym sobie w błogiej nieświadomości, aż któregoś pięknego dnia,On rozwaliłby mój cały świat w 5 minut. No więc pierwszy tydzień po tym jak się dowiedziałam, ogólnie żyłam w oczekiwaniu na to jaką On podejmie decyzję. Wzorek blokujący telefon oczywiście zmienił. Spędziliśmy wspólnie Sylwestra, no bo przecież teatr trwa,za salę zapłaciliśmy. Może to nasz ostatni wspólny Sylwester… On nawet mi potem powiedział, że się bardzo dobrze bawił i w ogóle było super. Na moje szczęście zobaczyłam Jego nowy wzorek do telefonu. I tam to dopiero było… że Sylwestra spędza z NIEWŁAŚCIWĄ OSOBĄ, że ma nadzieję, że następne Sylwestry spędzą już razem… Chyba wtedy we mnie coś pękło, albo dopiero zaczęło do mnie dochodzić, że przez ostatnie 2 miesiące On mnie non stop oszukiwał… To wracanie do domu godzinę później niż zwykle, no bo przecież musiał ją odwieźć do domu, to ciągłe pilnowanie telefonu. To jego ciągle niewyspanie, no bo przecież pisali do siebie przez pół nocy… W Nowy Rok wywaliłam mu cały żal, że wzór cnót, wierności, okazał się wielkim oszustem, KŁAMCĄ… A gdzie w tym wszystkim JA?? Kim ja dla niego jestem? Chyba niestety Nikim…

Jestem kobietą zdradzoną

Jestem kobietą zdradzoną

Nigdy nie myślałam, że tak będę mogła siebie sklasyfikować… Ale chyba czas przestać siebie oszukiwać… Jestem kobietą zdradzoną i nie mam siły… Ale od początku..

Wyszłam za mąż w czerwcu 2014 roku po 10 latach związku. Ślub i wesele były jak spełnienie moich najśmielszych marzeń… I na dodatek to wszystko z facetem, którego tak bardzo kochałam… kocham?? Odkąd tylko Go poznałam marzyłam o tym dniu, a teraz… nie doczekamy najprawdopodobniej pierwszej rocznicy ślubu.

Nigdy nie spodziewałabym się, że dopadnie nas taki banał… Święta Bożego Narodzenia.. Oglądamy „Pretty woman”, On leży na dywanie , ja siedzę na krześle przy stole. Na stole leży jego telefon, do którego dzisiaj całkiem przypadkowo poznałam wzorek odblokowujący… Nie wiem skąd naszła mnie taka myśl… Co on ma w tym telefonie, skoro ostatnio tak strasznie go pilnuje, cały czas z kimś pisze… wchodzę w sms, a tam Ona… Przeglądam 2 może 3 ostatnie smsy… Od tekstów typu: Tęsknię za Tobą… Nic mnie tu nie trzyma… Wogóle te święta mnie nie cieszą… robi mi się słabo i gorąco. W tym momencie przychodzi sms od Niej… Podaję Mu telefon z tekstem – Dostałeś sms. Wychodzę, kładę się do łóżka.

Po 10 minutach przychodzi, nic się nie odzywa. Więc ja zagaduję – Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć? No i się dowiaduję, że Ona to koleżanka z pracy, która swoją drogą wzięła ślub we wrześniu. Że On nie wiem, czy mnie kocha, nie wiem czy Ją kocha i nie wie czy chce rozwodu… On nic nie wie… Ja wiem jedno… już nic nigdy nie będzie takie samo… Ja już nie będę taka sama….